Sześciolatki - koniec miejskiej promocji szczęścia
2011-06-18
Najpierw miasto obiecuje: "Jeśli wyślesz sześciolatka do szkoły, zapewnimy mu naukę wśród rówieśników w małych klasach". Rodzice ulegają pokusie, a po jakimś czasie słyszą: "A kuku! Koniec promocji".
Fot. Mateusz Skwarczek / Agencja Gazeta
SP nr 90 w Krakowie. Szkoła jest przygotowana na przyjęcie 6-latków.
+ zobacz powiększenie
"Obiecywano nam specjalne warunki nauki, przystosowane sale oraz mało liczną klasę. Już we wrześniu okazało się, że nowy budynek szkoły nie został odebrany, w związku z czym nowa sala pozostała nadal w sferze marzeń dzieci i rodziców. Dodatkowo wprowadzono dla dwóch klas pierwszych system zmianowy".
Oto fragmenty listu, który można przeczytać na Ratujmaluchy.pl - stronie internetowej stowarzyszenia walczącego z reformą posyłającą sześciolatki do szkół. List napisała Anna Gola-Grodecka. Mama, którą przekonała ubiegłoroczna akcja krakowskich urzędników, zachęcająca rodziców, by posyłali wcześniej dzieci do szkół. Jej sześcioletnia córka kończy właśnie pierwszą klasę krakowskiej podstawówki nr 68. W liście pisze też, że pod koniec maja dyrekcja szkoły poinformowała rodziców, że licząca 16 osób klasa I A, do której chodzi jej dziecko (razem z ósemką innych sześciolatków) zostaje połączona z równoległą. W związku z tym od września będzie do niej chodzić 28 uczniów.
Dyrektorka szkoły Maria Lachowicz-Stankiewicz przyznaje, że głupio jej w stosunku do rodziców, ale są sprawy, których nie da się przeskoczyć. Szkoła nie dostała obiecywanej sali w nowym budynku, bo jego wykonawca ogłosił upadłość. Dzieci musiały zacząć naukę w starym, który jest ciasny, stąd pierwszaki chodzą do szkoły na dwie zmiany (druga kończy lekcje najpóźniej o godz. 15.15). Łączenia są konieczne, ponieważ w ciągu roku z I A odeszła dwójka pierwszaków, a dwójka ma zamiar odejść. W efekcie we wrześniu w klasie byłoby tylko 14 uczniów. - Dla miasta utrzymywanie tak małej klasy jest kompletnie nieopłacalne - wyjaśnia z ubolewaniem dyrektorka.
Z punktu widzenia krakowskiego bonu oświatowego (reguluje on etaty nauczycieli w stosunku do liczby uczniów i zakłada, że klasy powinny liczyć średnio około 25 osób), to rzeczywiście nieopłacalne. Przy dwóch klasach zamiast trzech gmina oszczędza na jednym nauczycielskim etacie. - Koniec promocji szczęścia. Obiecanek cacanek nie trzeba kontynuować. Urzędnikom na rodzicach, którzy ulegli ich namowom, już nie zależy. Przecież wiadomo, że nie cofną dzieci do pierwszej klasy. Teraz trzeba liczyć finanse, a nie myśleć, co dobre dla najmłodszych - komentuje z ironią sytuację w SP nr 68 Karolina Elbanowska z "Ratujmy maluchy".
To niejedyny przypadek, gdy rodzice sześciolatków zapisywanych do szkół zostają na lodzie. - Uległam, bo usłyszałam o komfortowych warunkach, jakie Kraków rzekomo stwarza sześciolatkom w szkołach. Niedawno zapisałam córkę do podstawówki nr 97. Razem ze mną swoje dzieci zapisało 34 rodziców. W szkole wszyscy zaznaczyli w ankiecie, że chcą, aby ich dzieci chodziły do klasy z samymi rówieśnikami. To oznacza, że w szkole powinny powstać dwie pierwsze klasy liczące 17 osób, złożone z samych sześciolatków. Dyrekcja właśnie nas poinformowała, że to niemożliwe. Że nasze dzieci będą łączyć z siedmiolatkami, bo na małe klasy dla naszych pociech wydział edukacji się nie godzi - opowiada czytelniczka, która zadzwoniła do "Gazety".
Wczoraj odpowiedzialna za edukację wiceprezydent Elżbieta Lęcznarowicz zaznaczyła: - Chcemy, by w Krakowie było jak najwięcej klas złożonych z samych sześciolatków. To najlepsze rozwiązanie. Każda szkoła, do której zapisane są dzieci sześcioletnie i która ma wątpliwości, czy może z nich stworzyć osobną, mało liczną klasę, powinna zgłosić się do nas. Będziemy takie przypadki rozpatrywać indywidualnie, ale mając przede wszystkim na względzie dobro dzieci.
Dyrektorka SP nr 68 przyznaje: - Nie zabiegałam o zgodę na utrzymanie 14 osobowej klasy w mieście, ponieważ znam regulacje krakowskiego bonu oświatowego, który tego zabrania. Skoro jednak miasto otwiera mi furtkę, natychmiast to zrobię.
We wrześniu 2012 roku do pierwszych klas krakowskich szkół podstawowych może przyjść o ponad 5 tys. uczniów więcej niż zazwyczaj. To sześciolatki, które zgodnie z reformą edukacji muszą wtedy obowiązkowo zacząć naukę w szkole. Przed tablicą zasiądą razem z siedmiolatkami, których rodzice, choć mogli, nie zdecydowali się posłać ich tam rok wcześniej.
Komentarz: Trzymam za słowo
Krakowscy urzędnicy już drugi rok prowadzą akcję "Sześciolatku, nie trać roku". Od miesiąca słyszę, że prezydent pisze teraz list do rodziców. Byle zdążył przed końcem roku. List napisała już za to radna Platformy Obywatelskiej Marta Patena. Do dzieci. Chce, by to one namówiły rodziców na posłanie ich do szkolnej ławy. Koperty z owym pismem osobiście rozdaje teraz w przedszkolach. Niektórzy się oburzają. Małopolski kurator oświaty orzekł nawet, że radnym pisać listów do dzieci nie wolno.
Wszystkie te ruchy na nic, jeśli miasto nie zacznie się zachowywać przyzwoicie w stosunku do rodziców, których udało im się do reformy przekonać. To oni - ich zadowolenie lub rozczarowanie - są najlepszym dowodem na to, czy warto posłać malucha wcześniej do szkoły, czy nie. Jeśli spotkają się na placu zabaw z Anną Golą-Grodecką, która opowie im o 28-osobowej klasie, pewnie przejdzie im ochota na takie eksperymenty.
To, by jak najwięcej sześciolatków poszło w tym roku do szkoły, leży w interesie wielu. Rodziców dzieci z rocznika 2005, rodziców dzieci młodszych, szkół... Powód jest ten sam: uniknięcie tłoku w klasach za rok i podwójnej konkurencji podczas całego etapu edukacji, a potem na rynku pracy. Ale lekceważąc tych, którzy posłali wcześniej dziecko do szkoły, urzędnicy sami do tego tłoku doprowadzają. Dlatego liczę, że do złożonych rodzicom przez siebie obietnic podchodzić będą z szacunkiem. Wczoraj obiecała mi to prezydent Elżbieta Lęcznarowicz. Pani prezydent, trzymam za słowo.
Oto fragmenty listu, który można przeczytać na Ratujmaluchy.pl - stronie internetowej stowarzyszenia walczącego z reformą posyłającą sześciolatki do szkół. List napisała Anna Gola-Grodecka. Mama, którą przekonała ubiegłoroczna akcja krakowskich urzędników, zachęcająca rodziców, by posyłali wcześniej dzieci do szkół. Jej sześcioletnia córka kończy właśnie pierwszą klasę krakowskiej podstawówki nr 68. W liście pisze też, że pod koniec maja dyrekcja szkoły poinformowała rodziców, że licząca 16 osób klasa I A, do której chodzi jej dziecko (razem z ósemką innych sześciolatków) zostaje połączona z równoległą. W związku z tym od września będzie do niej chodzić 28 uczniów.
Dyrektorka szkoły Maria Lachowicz-Stankiewicz przyznaje, że głupio jej w stosunku do rodziców, ale są sprawy, których nie da się przeskoczyć. Szkoła nie dostała obiecywanej sali w nowym budynku, bo jego wykonawca ogłosił upadłość. Dzieci musiały zacząć naukę w starym, który jest ciasny, stąd pierwszaki chodzą do szkoły na dwie zmiany (druga kończy lekcje najpóźniej o godz. 15.15). Łączenia są konieczne, ponieważ w ciągu roku z I A odeszła dwójka pierwszaków, a dwójka ma zamiar odejść. W efekcie we wrześniu w klasie byłoby tylko 14 uczniów. - Dla miasta utrzymywanie tak małej klasy jest kompletnie nieopłacalne - wyjaśnia z ubolewaniem dyrektorka.
Z punktu widzenia krakowskiego bonu oświatowego (reguluje on etaty nauczycieli w stosunku do liczby uczniów i zakłada, że klasy powinny liczyć średnio około 25 osób), to rzeczywiście nieopłacalne. Przy dwóch klasach zamiast trzech gmina oszczędza na jednym nauczycielskim etacie. - Koniec promocji szczęścia. Obiecanek cacanek nie trzeba kontynuować. Urzędnikom na rodzicach, którzy ulegli ich namowom, już nie zależy. Przecież wiadomo, że nie cofną dzieci do pierwszej klasy. Teraz trzeba liczyć finanse, a nie myśleć, co dobre dla najmłodszych - komentuje z ironią sytuację w SP nr 68 Karolina Elbanowska z "Ratujmy maluchy".
To niejedyny przypadek, gdy rodzice sześciolatków zapisywanych do szkół zostają na lodzie. - Uległam, bo usłyszałam o komfortowych warunkach, jakie Kraków rzekomo stwarza sześciolatkom w szkołach. Niedawno zapisałam córkę do podstawówki nr 97. Razem ze mną swoje dzieci zapisało 34 rodziców. W szkole wszyscy zaznaczyli w ankiecie, że chcą, aby ich dzieci chodziły do klasy z samymi rówieśnikami. To oznacza, że w szkole powinny powstać dwie pierwsze klasy liczące 17 osób, złożone z samych sześciolatków. Dyrekcja właśnie nas poinformowała, że to niemożliwe. Że nasze dzieci będą łączyć z siedmiolatkami, bo na małe klasy dla naszych pociech wydział edukacji się nie godzi - opowiada czytelniczka, która zadzwoniła do "Gazety".
Wczoraj odpowiedzialna za edukację wiceprezydent Elżbieta Lęcznarowicz zaznaczyła: - Chcemy, by w Krakowie było jak najwięcej klas złożonych z samych sześciolatków. To najlepsze rozwiązanie. Każda szkoła, do której zapisane są dzieci sześcioletnie i która ma wątpliwości, czy może z nich stworzyć osobną, mało liczną klasę, powinna zgłosić się do nas. Będziemy takie przypadki rozpatrywać indywidualnie, ale mając przede wszystkim na względzie dobro dzieci.
Dyrektorka SP nr 68 przyznaje: - Nie zabiegałam o zgodę na utrzymanie 14 osobowej klasy w mieście, ponieważ znam regulacje krakowskiego bonu oświatowego, który tego zabrania. Skoro jednak miasto otwiera mi furtkę, natychmiast to zrobię.
We wrześniu 2012 roku do pierwszych klas krakowskich szkół podstawowych może przyjść o ponad 5 tys. uczniów więcej niż zazwyczaj. To sześciolatki, które zgodnie z reformą edukacji muszą wtedy obowiązkowo zacząć naukę w szkole. Przed tablicą zasiądą razem z siedmiolatkami, których rodzice, choć mogli, nie zdecydowali się posłać ich tam rok wcześniej.
Komentarz: Trzymam za słowo
Krakowscy urzędnicy już drugi rok prowadzą akcję "Sześciolatku, nie trać roku". Od miesiąca słyszę, że prezydent pisze teraz list do rodziców. Byle zdążył przed końcem roku. List napisała już za to radna Platformy Obywatelskiej Marta Patena. Do dzieci. Chce, by to one namówiły rodziców na posłanie ich do szkolnej ławy. Koperty z owym pismem osobiście rozdaje teraz w przedszkolach. Niektórzy się oburzają. Małopolski kurator oświaty orzekł nawet, że radnym pisać listów do dzieci nie wolno.
Wszystkie te ruchy na nic, jeśli miasto nie zacznie się zachowywać przyzwoicie w stosunku do rodziców, których udało im się do reformy przekonać. To oni - ich zadowolenie lub rozczarowanie - są najlepszym dowodem na to, czy warto posłać malucha wcześniej do szkoły, czy nie. Jeśli spotkają się na placu zabaw z Anną Golą-Grodecką, która opowie im o 28-osobowej klasie, pewnie przejdzie im ochota na takie eksperymenty.
To, by jak najwięcej sześciolatków poszło w tym roku do szkoły, leży w interesie wielu. Rodziców dzieci z rocznika 2005, rodziców dzieci młodszych, szkół... Powód jest ten sam: uniknięcie tłoku w klasach za rok i podwójnej konkurencji podczas całego etapu edukacji, a potem na rynku pracy. Ale lekceważąc tych, którzy posłali wcześniej dziecko do szkoły, urzędnicy sami do tego tłoku doprowadzają. Dlatego liczę, że do złożonych rodzicom przez siebie obietnic podchodzić będą z szacunkiem. Wczoraj obiecała mi to prezydent Elżbieta Lęcznarowicz. Pani prezydent, trzymam za słowo.
Udostępnij link: Facebook
